19-20.06
Pushkar – odwrotnie niz Bundi – spodziewalem sie wiekszej komerchy a sie okazuje sympatycznie (ciekawe jak jest w sezonie), zostalem jedna nocke dluzej niz planowalem. Drugiego dnia wybralem sie na wies. Najpierw Bassi parenascie kilo na pln-wsch. Mala wiocha, z zewnatrz w normie, ale jak sie zajrzy glebiej to sie robi fajnie. Czuc, ze byli tu turysci, ale raczej w niewielkiej ilosci. 3km i 2 litry wody dalej jest jakas mala swiatynka i skalisto kamieniste gorki, po ktorych mozna sobie polazic. Po drodze trafilem na szalasik rodzinki wypasajacej kozy, z ktorymi sobie pogadalem w hindi (a moze w marwari?) i walnalem herbatke ze swiezo wydojonego mleczka.
Kawalek dalej wielblady sie pasly, a pilnowal ich sympatyczny pan, ktory zazadal grubej kasy za zrobienie im fot. Rozpoczelismy nasze spotkanie od wojny na slowa (oczywiscie po ichniemu) a skonczylismy na zdjeciu pana z bananem na twarzy.
Po jeszcze jednej herbatce w centrum wsi wrocilem do Pushkaru, zeby cos normalnego przekasic i jechac dalej. Tym razem do Thanwli. W zakamarki nie wlazilem, bo na glownej ulicy spotkalem kolesia, ktory mnie zaprosil do domu na herbatke i pare fot. Gadka oczywiscie w hindi, ale tylko z panem, w pokoju siedziala zona i moze z raz cos mruknela do pana a tak to siedziala cicho.
Ze zdziwieniem stwierdzam, ze Indie maja jeszcze jakis potencjal i to nawet w duzej bliskosci (lub malej dalekosci) od bardzo turystycznych miejsc. Moze nie jest tak jak w Bd, ale jest niewiele gorzej, a minusy (nawet te jedzeniowe) rekompensuje cala wizualna otoczka.
Zostalo 10 dni, czas sie wziac do roboty i zrobic przynajmniej z 1 zdjecie…

















Brak komentarzy
RSS :: TrackBack