Gadjo 3.0

Phalodi

Z Pushkaru wzialem busik do Nagaur, gdzie po zjedzeniu w miare sympatycznej (jak na Indie) paneer parothy zagadalo mnie dwoch kolesi, jeden jechal w przeciwnym kierunku, ale drugi, Suresh, do Phalodi, podobnie jak ja. A nie, sory, do Kichanu, 10km od Phalodi. Ups, znowu zmiana planow, jedzie do wiosko 30km od Phalodi. Potem jeszcze pare razy sie platal w zeznaniach, w koncu stanelo na jakiejs mega dziurze ponad godzine drogi od mojego celu. Juz prawie przyjalem jego zaproszenie do wsi, kiedy sobie uswiadomilem, ze prawie jestem bez grosza i potrzebuje bankomatu chyba nawet bardziej niz wody.

Do Phalodi prowadzi 150km trasa przez puszcze, ktora znalem do tej pory tylko z google mapsow i ktora to trasa znalazla sie w jednej z wersji planow wycieczki. Czasem jakies male miasteczka sie pojawialy, a tak to tylko piasek, drzewka, wielblady i krowy. I piasek. I jeszcze wiecej piasku.

W Phalodi najpierw wpadlem do jakiejs przyjemnie schlodzonej do 36st knajpki obok jeep standu uzupelnic zapasy plynow a potem ruszylem na poszukiwaniu hotelu. Napisy w hindi doprowadzily mnie do jednego guest housu z sympatycznymi cenami (75/125 za singla) ale niestety ten nie akceptowal bialasow. Zameldowalem sie w hotelu Sunrise, kolo dworca autobusowego, 250 za pokoj (to tak jakby ktos planowal tu przyjechac a nie chcial spac w polecanym przez LP hotelu Lal Niwas za 2 kafle), styl indyjski czyli brudne sciany z odpadajaca farba, ale da rade. Nawet jest tv (niedzialajacy).

Wczesniej po krotkim pobycie na dworze bylem mokry od potu. Teraz jestem suchy, bo pot od razu wysycha. Tak jest goraco.

Zaraz po oplaceniu hotelu zaczalem sie szwedac w celu znalezienia bankomatu. Znalazlem, ale nie moglem nic wyplacic, a 200 rupii, ktore mi zostalo w portfelu to nie za duzo. Lubie takie akcje, ale jeszcze bardziej lubie jak jednak bankomaty wspolpracuja. Drugi zadzialal, kamien spadl z serca i moglem spokojnie ruszyc na poszukiwanie kina gdzie graja wlasnie Rajneeti. Po drodze zaczepil mnie koles na motorze, mowi, ze film sie wlasnie zaczal. Wpadne kiedy indziej. Za to podwiozl mnie do sklepiku przyjaciela, gdzie sobie siadlem na neta.

Jeszcze tylko zarcie z Bangladeszu mi brakuje do kompletu, choc thali w malej lokalnej knajpce mnie nie zabilo, niewykluczone, ze jutro sie tam pojawie.

Filed under: Uncategorized — Gadjo @ 15:57

Brak komentarzy

RSS :: TrackBack