Festiwal rozpoczal sie z lekkim opoznieniem, co mnie jakos nie dziwi. I tak dobrze, ze w ogole sie rozpoczal. Moze nie tyle rozpoczal co, ze znalazlem miejsce gdzie sie odbywal. Info na plakacie nie bylo dla mnie do konca jasne a z 4 czy 5 osob, ktore pytalem, kazda miala inna wersje (ktorej byla pewna).
Pierwszy dzien to oficjalne otwarcie, wiec byli oficjele, przedstawiciele rzadow Kerali i Bengalu i artysci, ktorych mozna bylo rozpoznac po tym, ze wygladali jak Rabindranath Tagore. W sumie kilkanascie osob, z ktorych kazda musiala wyglosic przemowienie. Wiec sie nasluchalem spiczy w wiekszosci w malayalam, z ktorego zrozumialem moze z 2 slowa. A potem jakies 2 godziny tancow i muzyczki.
Pomijajac juz atrakcyjnosc imprezy jako takiej to pare godzin w klimatyzowanej sali jest blogoslawienstwem, bo na zewnatrz pogoda jest taka, ze obalilem ponad 7 litrow plynow.
A po powrocie uslyszalem od jednego germanca wiesci o prezydencie, co z poczatku potraktowalem jak jakis dowcip, ale poranna gazetka potwierdzila jego wersje. Tutaj life goes on, w niedziele przyszedl czas na lekkie porzadki w pokoju i kolejny dzien festiwalu omal nie zakonczony zjaraniem spodni od wirujacego pana, ktory sam sie jaral. Czasem nawet az za bardzo, tak, ze potrzebna byla interwencja gasniczych. A chwile przed tym troche innych teatro-tancow i godzinna ciagla paroosobowa solowa na bebnach. Grubo bylo. Chyba z pol godziny mi zajelo zanim dostrzeglem w tym cos wiecej niz tylko wybijanie rytmu.


















Brak komentarzy
RSS :: TrackBack