“Sharab raat” zakonczylismy ok 1ej w nocy przejazdem riksza wraz z Hasanem, Badalem i Sowpandashem do mojego hotelu, podczas ktorego to przejazdu wyspiewalismy wspolnie pare bollywodzkich hiciorow byc moze budzac wszystkich dookola. A byc moze nie. Wczesniej wspolna kolacyjka w z trudem znalezionej restauracji, ktora bylaby czynna o polnocy.
A wczesniej wspomniana “sharab raat” czyli biba.
A wczesniej proba poogladania widoczkow na plaze z ostatniego pietra roznych lepsiejszych hoteli (takich po 80pln za noc). W jednym sie nie udalo, ale w drugim (pod pretekstem, ze niby chcemy zobaczyc pokoj zanim sie zdecydujemy go wziac, pokoj “single”, nas bylo czterech, ale to norma) poszlo gladko. Tyle tylko, ze nic nie bylo widac, bo juz bylo ciemno.
A wczesniej po dyplomatycznej wymianie (jednostronnej) monet z panem, ktory wczesniej pomogl mi znalezc bankomat pierwszego dnia tutaj, pan ow zalatwil mi riksze do hotelu chlopakow za normalna cene. W koncu jednak i tak dalem 50% napiwku, tak, ze za 15 minut pedalowania wyszlo nawet ponad 1 zeta). Jeden rikszarz, ktorego wczesniej pytalem o cene, zaproponowal 2 razy tyle, wiec sie zaczalem z nim klocic po bengalsku. Ale krotko, bo jeszcze nie jestem biegly.
A wczesniej symboliczny poczestunek sokiem, bananmi, ciastkami i woda nieznanego pochodzenia (ktorej jednak tym razem nie wypilem) w klasycznej wiejskiej posiadlosci kolo Ramu.
A wczesniej Nikyangcchuri, wioska przy granicy z Myanmarem na terenie, do ktorego przynajmniej teoretycznie potrzebny jest permit, ktorego oczywiscie nie mialem. Najpierw mnie zawrocili 50 metrow za jakims policyjnym checkpostem, a potem prawie od razu przyczepil sie koles, ktory nie do konca zrozumialem kim jest, ale na jego prosbe podalem mu swoje dane typu nr paszportu itp. Pod koniec spacerku okazalo sie, ze to jakis taki rzadowy bodyguard, ktory pilnowal mnie, zebym sie nie wpakowal w klopoty placzac sie po okolicy, bo z tubylcami roznie bywa. Troche sie zaczalem domyslac jak na kazde moje pytanie czy moge odbic troche w bok od glownej ulicy uporczywie odpowiadal “my problem, my problem”. A szkoda, bo okolica wygladala bardzo obiecujaco. Moze nie super fotogenicznie, ale wystarczajaco “konco-swiatowo”. Juz dojazd dziurawa i pagorkowata droga zachecal do dalszej eksploracji.
A wczesniej Ramu, 15 km od Cox’s, wioska z paroma niezwykle interesujacymi buddyjskimi swiatyniami, ktore jednak olalem, bo bardziej interesowalo mnie miejsce, z ktorego moglbym dotrzec do wspomnianego Nikyangcchuri.
A wczesniej trzeba bylo dojechac do Ramu, w czym pomogla mi grupka lokalesow. Zarowno jesli chodzi o znalezienie rikszy (sorry, CNG, bo riksza to to taka rowerowa a CNG to na gaz, taka pyrkoczaca) jadacej w odpowiednim kierunku jak i w okresleniu wlasciwej ceny za kurs.
Jednak to sharab raat znominowala ten dzien, z chlopakami sie pozegnalem, jada jutro do Dhaki, ja dolacze do nich za 3 tygodnie, inshallah.
Poza rikszami i CNG sa jeszcze tum-tumy czyli po naszemu elektriczki. Pojawily sie ok 1-2 lata temu, sa ciche, nie pyrkocza, nie smierdza, pelna kulturka.













Brak komentarzy
RSS :: TrackBack