27.04
Z Hajigonj pojechalem busem do Ramgonj. Stamtad CNG do Lakshmipur (wymawianego jako Lokhipur).
Siedze sobie wlasnie w hotelu spisujac trase a przez okno zaglada grupka ciekawskich i dyskutuja o moim przyjezdzie.
Ale jedziemy dalej – z Lokhpiuru kolejny bus, ktory myslalem, ze dowiezie mnie do Ramgati, ale zatrzymal sie w Alekzander (Alekjander?). I ostatni etap to znowu CNG do Ramgati, droga waska, kreta, dziurawa i malownicza.
Pierwszy zaproponowany mi hotel wygladal dosyc obskurnie, ale co tam, manager wydawal sie spoko, wiec wzialem pokoik za 100Tk.
Po obiadku dolaczyl do mnie Mr. Dulal. Przeszlismy sie razem do hinduistycznej swiatyni, gdzie akurat odbywal sie festiwal podobny do tego, na ktory trafilem 2 lata temu w Puthia (tej samej, w ktorej spotkalem Bangladesza z plytami Boysow i innymi polskimi hiciorami). Festiwal rozpoczal sie poprzedniego dnia, potrwa jeszcze 3 dni.
Manager hotelu okazal sie byc kuzynem Mr Dulala, wiec wszystko pod kontrola. Nawet troche kuma po angielsku, w odroznieniu od tlumu, ktory stal na hotelowym tarasie i tlumu z ulicy pietro nizej gapiacego sie na mnie.
Gdzie w miedzyczasie trafilem (z pomoca mojego przewodnika) na net, ale strasznie powolny i wiele nie zdzialalem.
Po wspomnianym miedzyczasie Dulal wstapil do urzedu (lokaliku, w ktorym poza biurkiem i paroma plastikowymi krzeslami nic nie bylo, bo reszte przestrzeni zajmowaly worki z ryzem) zeby zalatwic swiadectwa urodzenia czlonkow rodziny potrzebne do uzyskania wizy do USA. Jego brat siedzi tam od 16 lat, za pare dni wpadnie do Bangladeszu.
Gdy Mr Dulal wyskoczyl na chwile z urzedu zostawiajac mnie samego, wyszedlem na chwile na zewnatrz a po parunastu sekundach zaczeli sie zbierac dookola mnie ludzie. Stali, patrzyli sie, pytali skad jestem, czy znam bangla, co tu robie itp. Standard, choc tutaj skupiska sie tworza szybciej niz gdzie indziej.
Czasami jak sie czlowiek nie rusza to go obsiadaja muchy, a jak sie poruszy to muchy znikaja, cos podobnego jest tutaj tylko zamiast much sa ludzie.
Pan Dulal zalatwil co chcial, wrocil do biura, wrocilem i ja, a za otwartymi drzwiami stala kolejna grupka gapiow.
W koncu udalismy sie do rezydencji lokalnego politycznego lidera z partii rzadzacej, gdzie na tarasie przy swietle ksiezyca (i zarowek jesli akurat bylo troche pradu) rybacy omawiali metodyke polowu ryb. Lider ich opuscil, weszlismy do pokoju, gadka szmatka, picie, ciastka, jablka i powrot na taras w celu omowienia i rozwiazania kolejnych problemow. Pan lider jest bardzo dobrym czlowiekiem, wszystkim pomaga, a inny podobny gosc, ale z opozycji to pomaga tylko jak mu sie zaplaci lapowe. Tak ludzie mowia dookola.
Ale przede wszystkim wiocha i okolice wygladaja zachecajaco fotograficznie. Miala byc 1 noc, bedzie wiecej, inshallah.








Brak komentarzy
RSS :: TrackBack