Uncategorized « Gadjo 3.0

Gadjo 3.0

Cox’s Bazar

Chyba musze sie przestawic z myslenia, ze jak ktos jest przesadnie mily to znacze, ze chce kase. Chociaz w jednej z najbardziej turystycznych miejscowosci Bangladeszu ciezko jest niektorych wyczuc.

Mielismy jechac do Ramu i innej pobliskiej wiochy Kalatuli, ktora wyczailem jadac autobusem z Chittagongu, ale wyszlo, ze poszwedalismy sie po miescie po okolicznych pawzgorkach i birmanskich stupach czy czyms. I to nie z kolesiem z wczoraj a z jego znajomym (u ktorego rozpoczelo sie sniadankiem) i znajomym jego znajomego. Potem obaj musieli sie udac na modly a ja skorzystalem z chwili samotnosci i polazlem na wioche. Wlasciwie pojechalem za friko autobusem, moja zaplata bylo posiedzenie pare minut razem z autobusowa ekipa, pogadanie w bangla i hindi i laskawe zgodzenie sie na wypicie herbatki. A we wiosce wystarczylo sie pokazac na chwile, zeby zostac zaproszonym na salony (czyt. pod drzewo na podworku). Chwile posiedzialem razem z glowa jednej z trzech mieszkajacych tu rodzin, jego na oko 15-letnia zona z dwojka dzieci i pozostalymi kilkunastoma czlonkami spolecznosci. Wypilem wode niewiadomego pochodzenia, jakiegos 7up-a i z trudem probowalem pogadac o zyciu i wartosciach. Niestety nikt z nich nie znal ani hindi ani angielskiego, wiec bylo ciezko, choc momentami skutecznie.

A na koniec spacerek po plazy, bo bedac nad morzem wypadaloby choc raz zaliczyc. Zasadniczo na koniec mial byc net, ale ze bylo wszedzie ciemno to ciezko  bylo cos znalezc, a jak juz znalazlem to albo kafejka byla pelna, albo wcale to nie byla kafejka.

Update: na koniec byla kolacyjka z jakims managerem duzej krajowej firmy, ktory wlasnie przyjechac z Dhaki do Cox’s Bazar i mieksza w tym samym hotelu co ja. W tanszym pokoju, tym za 4PLN i bez lazienki.

Filed under: Uncategorized — Gadjo @ 07:44

Mnóstwo komentarzy

RSS :: TrackBack

Chittagong – Cox’s Bazar

Chittagong to miasto z serii “nastepnego dnia zdecydowalem, ze jade dalej”. Padlo na Cox’s Bazar. Przypadkiem w miejscu, z ktorego mialy jechac lixury autobusy za 450Tk znalazlem nie-luxury za 170Tk. Do tego doszlo 60Tk na szybki powrot do hotelu po bagaze i wymeldowanie sie i przyjazd z powrotem na dworzec. W portfelu zostalo mi 1400Tk, kasa na 3 dni, wiec przeszedlem sie po okolicy w poszukiwaniu bankomatu. Jeden zastrajkowal jak podalem pin, dwa inne od razu po wlozeniu karty. A co bedzie w Cox’s Bazar tego nie wie nikt. Ryzyk-fizyk, wsiadlem do autobusu, ktory najpierw godzine wyjezdzal z miasta a po kolejnych 30 minutach sie zepsul.

Jakos jednak sie dotoczylismy. No a potem to juz klasyka, doczepil sie jeden gosc, ktory pomogl mi znalezc hotel Panowa (wbrew zasadom wybralem drozszy pokoj za 8PLN, bo ten z 4 byl bez lazienki), potem jakis wspolny obiadek polaczony z prezentacja typowych tutejszych potraw, herbatka, przejzadzki riksza na jego koszt itp. Standard. Zaszlismy tez na uniwerek gdzie pouczestniczylem przez 5 minut w wykladzie nt. jezyka angielskiego prowadzonym przez pana, ktory “speech” wymawial “spis” a “pair” jako “fer”. A na koniec wspolne piwko i po omowieniu planu na nastepny dzien sie rozeszlismy.

W hotelu po raz kolejny zgaslo swiatlo. Czolowka tutaj to podstawa wyposazenia. A zanim jeszcze zgaslo swiatlo to mialem okazje zobaczyc chyba najwiekszego karalucha jakiego widzialem w zyciu.

Pare zapchajdziurow z podrozy Kolkata-Chittagong-Cox’s Bazar:

Filed under: Uncategorized — Gadjo @ 07:26

Brak komentarzy

RSS :: TrackBack

Bangla

Oj ciezko tu z netem, i nie dlatego, ze nie ma, tylko po prostu sie nie chce, bo przyjemniej sie napic herbatki z tubylcami. Ale po chyba 5 dniach w koncu sie udalo zajrzec.

1000 rupii kosztowal mnie bilet Kolkata-Chittagong, przypuszczalnie byloby wyraznie taniej, gdybym dojechal zwyklym pekaesem do granicy i potem bangladeszskim i chyba nawet nie musialoby to oznaczac wiekszego kombinowania. Do tego trzeba doliczyc “co laska” dla tragarzy (tu nie mam nic przeciwko, chociaz stowa, ktora dalem, wydaje mi sie lekko przesadzona) i dla pana wypelniajacego za ludzi jakies formularze – tu sie troche wkurzylem, tym bardziej, ze pan nie wygladal na potrzebujacego wsparcia. Ale duzo nie dostal.

A poza tym luz, zadnego zgubienia bagazu jak ostatnio, zadnej kontroli co w srodku, tylko usciski dloni, serdeczne pozdrowienia itp.

DOjazd zajmuje tyle ile mowi przewodnik, czyli ok 22h, a nie tyle co mowili w biurach w Kalkucie. Przy wyjezdzie ok 12-13ej jeden powiedzial, ze dojedziemy o 7ej rano, drugi podobnie, a trzeci po chwili zastanowienia, ze o 5ej. Byc moze mial nadzieje, ze wybiore ten, ktory przyjezdza najwczesniej. W koncu kupilem u niego, ale tylko ze wzgledu na cene.

A w Bangladeszu ludziki przemile, biedota usmiechnieta. Tragarzy bylo dwoch, jeden po stronie ind, drugi po tutejszej, ale ze nie mialem drobnych to dalem pierwszemu z nich jeden papierek do podzialu. Na 99% w Indiach ten drugi by zaczal skamlac, ze nie dostanie swojej polowy i zebym dal mu cos osobiscie, albo nazwalby mnie “sallah” jak jedna baba w Kalkucie obok Sudder st. (w ramach praktyki jezyka w sumie chcialem jej nawet odpowiedziec, bo i wiedzialem na co i wiedzialem jak, ale co sie bede pocic niepotrzebnie), ale ten godnie przyjal to na klate a nawet jeszcze sie usmiechnal raz z okolicznych tlumem i smutnymi jeszcze przed chwila zebrakami jak wydukalem wyjasniajace “panchas india panchas bangladesh” (czyli, ze fifty-fifty).

Chociaz to i tak nie przebije kolesia, ktory 2 lata temu z 10 taka jalmuzny wydal mi 5 taka reszty.

Troche sie zawiodlem na jedzeniu. Myslalem, ze bedzie podobny syf jak w Indiach, ale jak zaczalem wcinac w przydroznej knajpie obiadek to poszla ponad polowa danego mi ryzu (czyt. bardzo duzo) + oczywiscie dodatki, tak, ze omal nie peklem z przejedzenia. W samym Chittagongu bylo jeszcze gorzej, zanim sie zorientowalem znikl caly ryz, musialem sie potem ratowac krotkim odpoczynkiem gdzie na srodku ulicy bo nie bylem w stanie isc dalej. Co oczywiscie wykorzystali tubylcy do zrobienia zbiegowiska,dopoki nie stwierdzilem, ze chyba juz jestem w stanie sie doczolgac do hotelu. Jeszcze poznym wieczorem czulem sie jakbym dopiero co zjadl porzadny obiad.

To moze ponownie chwila muzyczki zanim sie pojawia jakies knoty:

Filed under: Uncategorized — Gadjo @ 07:22

Brak komentarzy

RSS :: TrackBack

Kolkata Kerala Festiwal 2010

Festiwal rozpoczal sie z lekkim opoznieniem, co mnie jakos nie dziwi. I tak dobrze, ze w ogole sie rozpoczal. Moze nie tyle rozpoczal co, ze znalazlem miejsce gdzie sie odbywal. Info na plakacie nie bylo dla mnie do konca jasne a z 4 czy 5 osob, ktore pytalem, kazda miala inna wersje (ktorej byla pewna).

Pierwszy dzien to oficjalne otwarcie, wiec byli oficjele, przedstawiciele rzadow Kerali i Bengalu i artysci, ktorych mozna bylo rozpoznac po tym, ze wygladali jak Rabindranath Tagore. W sumie kilkanascie osob, z ktorych kazda musiala wyglosic przemowienie. Wiec sie nasluchalem spiczy w wiekszosci w malayalam, z ktorego zrozumialem moze z 2 slowa. A potem jakies 2 godziny tancow i muzyczki.

Pomijajac juz atrakcyjnosc imprezy jako takiej to pare godzin w klimatyzowanej sali jest blogoslawienstwem, bo na zewnatrz pogoda jest taka, ze obalilem ponad 7 litrow plynow.

A po powrocie uslyszalem od jednego germanca wiesci o prezydencie, co z poczatku potraktowalem jak jakis dowcip, ale poranna gazetka potwierdzila jego wersje. Tutaj life goes on, w niedziele przyszedl czas na lekkie porzadki w pokoju i kolejny dzien festiwalu omal nie zakonczony zjaraniem spodni od wirujacego pana, ktory sam sie jaral. Czasem nawet az za bardzo, tak, ze potrzebna byla interwencja gasniczych. A chwile przed tym troche innych teatro-tancow i godzinna ciagla paroosobowa solowa na bebnach. Grubo bylo. Chyba z pol godziny mi zajelo zanim dostrzeglem w tym cos wiecej niz tylko wybijanie rytmu.

Filed under: Uncategorized — Gadjo @ 12:43

Brak komentarzy

RSS :: TrackBack

Kolkata-wallah

Chai-wallah to koles, ktory roznosi albo sprzedaje herbate, rikshaw-wallah to rikszarz itp

Filed under: Uncategorized — Gadjo @ 12:55

Mnóstwo komentarzy

RSS :: TrackBack

« Newer PostsOlder Posts »