Olaboga, co to bedzie, cyklon nadchodzi a ja mialem w planach Barisal…
Laila
Dhaka
10-12.05
Odbitki dla p. Kamalesha, szalony bus do obrzezy Dhaki, pociag do centrum, drogi hotel (bo ten, w ktorym nocowalem 2 lata temu dokonal zywota), spotkanko z Badalem i Hasanem z Cox’s Bazaru i ich kumplami gdzie w ciemnych uliczkach i spac.
Nastepnego dnia dostalem visa extension, wszystko poszlo gladko, spedzilem w offisie moze z 1.5h, kolejne 3 tygodnie pobytu zalegalizowane. Z Gulistanu jedzie autobus “dosz-agaro-baro”, czyli po naszemu “10.11.12″ gdyby ktos chcial powtorzyc numer.
Umowilem sie wczesniej na barbekiu party z Hasanem i Badalem ale to dopiero na wieczor, wiec w miedzyczasie spotkalem sie z p. Alamgirem poznanym przypadkowo w Teknafie. A potem w ramach party ciag dalszy zwiedzania Dhakowych “residential area”, najpierw w celu wymiany moich fot za filmiki z Cox’s Bazar nakrecone przez Hasana oraz za muzyczke, ktora uslyszalem w Sunamgonj w tv ale nie wiedzialem co to i chlopaki mi objasnili a potem w celu posiadowy w domu Asifa, gdzies na drugim koncu stolicy. Zarcie na dachu, dwie gitary, ksiezyc itp.
Ostatniego dnia spotkalem sie z Sharifem poznanym 2 lata temu w Kuakacie (kolo z islamskiego kolka rozancowego) w domu jego brata w bogatej dzielnicy. Oczywiscie z obiadkiem, bez tego by sie nie moglo obejsc. Poniewaz po porannym powrocie z bbq party mialem klopot ze znalezieniem miejsca w hotelu, prosto od Sharifa z tobolami pognalem na dworzec autobusowy z pytaniem o autobus, ktory by niebawem odjezdzal a do celu przyjezdzal z ranca. Padlo na Thakurgaon w odleglym zakutku Rajshahi division (w zasadzie Rangpur division, w tym roku Rajshahi podzielilo sie na 2 czesci).
Czeka mnie kolejna nieprzespana noc, pierwszej nocy bylo cholernie duszno w hotelu wiec srednio mi sie spalo, druga to impreza wiec tez duzo nie pospalem, no i teraz autobus…
Mymensingh
Zupelnie przypadkiem trafilem na jakis festiwal hare hare (ponoc o nazwie Rogunath Ji Akra, ale im nie mozna za bardzo wierzyc, natomiast to, ze impra odbywa sie w miejscu zwanym Kitton to raczej pewne info), taki sam na jaki trafilem 2 lata temu w Puthii oraz niedawno w Ramgati a potem w Brahmanbarii i jeszcze raz w Brahmanbarii.
Dlugo sie nie nasiedzialem, bo po nieprzespanej nocce w autobusie zamykaly mi sie oczy i wrocilem do hotelu.
Po drzemce byla juz pora obiadowa, wiec udalem sie do chinskiej knajpy polecanej przez Lonely Planet gdzie spozylem wode z kawalkami kurczaka – za 220Tk spodziewalem sie czegos wiecej. Ale co wydalem tutaj to przyoszczedzilem najpierw na porannej herbatce w herbaciarni u milego pana a potem na hare-hare-posilku, bo wrocilem z powrotem na festiwal. Tutejsza wersja trwa az 9 dni, co tam sie nie dzialo – muzyka, spiewy, tance, jakis guru przybyl, no i last but not least masa odswietnie wystrojonych dziewoj.
To mial byc drogi dzien (raz na jakis czas mozna przyszalec) za to spokojny fotograficznie a wyszlo jak zwykle.
Foty troche monotematyczne
Bishamburpur
07.05
Kolejne fajne miejsce zaliczone. Moze nie tylko Bishamburpur co droga ku niemu. Z Sunamgonju trzeba przeplynac kawalek odnoga rzeki Surma, a potem 15km – mozna z buta, motorem (w moim przypadku przeplaconym) lub riksza co niektore fragmenty. Ale widoczki spoko, wiochy tez, ludzie tez, moze poza motocyklista.
Przy okazji odkrylem, ze wlasnie motor moze sluzyc za kolejny srodek publicznego transportu. Z przystani, do ktorej doplynalem, nie kursuja zadne busy/CNG/riksze, tylko stoi gromadka motocyklistow i przekrzykuja sie ktory moze dokad zabrac. 15km to koszt 150Tk, wiec dosyc drogo, ale szyko i w zasadzie jedyna opcja, bo riksze pojawiaja sie dopiero kawalek dalej. Ale CNG czy busow nie spotkalem w ogole.
We wiosce Chalbon mozna odbic w prawo, dojdzie sie do granicy z Indiami, ale nie probowalem.
W tv cos pisza o “bus strike” w Sylhecie, jeszcze nie wiem co bede jutro robil, ale byc moze pojade do Mymensinghu (tzn bede chcial pojechac), mam nadzieje, ze da rade.
Mial byc tani dzien a wyszlo jak zwykle.
Update: juz wiem co bede robil. Tzn nie wiem, ale do Mymensinghu na razie nie jade. Niewykluczone, ze teraz w ogole odpuszcze i z Sunamgonju pojade prosto do Dhaki. Sunamgonj wciaga. W przewodniku okolica jest opisana, ze niby mozna tu wpasc pofocic ptaki – czyt. nic tu ciekawego nie ma – czyt. przewidywalem, ze spedze tu wiecej czasu.
Wieczorem obowiazkowa herbatka u szefa hotelu i fatalny dla Indii mecz krykieta z Australia w ramach turnieju Twenty 20. No bo Tandulkar nie gra
08.05
Sponsorem dzisiejszego leniwego dnia byli clopaki z policji. Na posterunku spedzilem pare chwil, oczywiscie nie zebym cos przeskrobal czy zostal przeskrobany, ale tradycyjnie zwiedzajac sluzbowe pokoiki, pijac herbatke i grajac w gre, ktorej nazwy nie pamietam.
Co zaoszczedzilem dzieki policjantom to wydalem na autobus do Mymensinghu (jednak jade). Mymensingh jest na zachod od Sonamgonju, ale autobus jedzie najpierw na wschod, przez Sylhet. Generalnie stan drog tu w okolicy jest nienajlepszy, a do tego masa rzek i innych wod, wizyta tutaj w deszczowym sezonie moglaby byc ciekawym doswiadzeniem.
Mymen tylko na jeden dzien, bo potem trzeba uderzac do Dhaki na pare umowionych spotkan i po visa extension (jak ten czas szybko leci). Druga polowe dnia spedzilem ogladajac tv w hotelu a trzecia gapiac sie w dal na przystani i spotykajac ludzi, ktorym pare dni wczesniej pykalem foty gdzies w innym miejscu.
Sunamgonj to drugie miejsce, ktore mnie wciagnelo, moze nie samo miasto jak Ramgati, ale okolice. Nie wiem czemu sie uparlem na ten Mymensingh.
Znam juz wszystkie bengalskie cyferki. Tzn 9 z 10, ale ta, ktorej nie rozoznaje na wyglad to rozpoznaje droga eliminacji.
Sunamgonj
06.05
Ciag dalszy szwedania sie po okolicach, tym razem transportem autobusowym i motocyklowym dzieki uprzejmosci jednego pana. Przy okazji zaliczylem pare gospodarstw siedzac sobie w pokoiku, pijac herbatke i patrzac jak milion ludzi sie na mnie gapi zza drzwi.
Wieczorkiem wpadlem na dywanik do szefa hotelu (z nim gadka niespecjalnie wyszla bo nie znal ang ani hindi, ale bylo jeszcze oprocz niego pare innych osob). Koles ponoc ma majatek warty 10mln$. Ale woda sodowa mu nie uderzyla, skromny i sympatyczny gosc























































Brak komentarzy
RSS :: TrackBack