13.05
Plany sie zmianily w autobusie kiedy dowiedzialem sie, ze Thakurgaon to nie jest ostatni przystanek i mozna pojechac dalej do Panchagarhu, nieopisanego w przewodniku. Hotel “Central Guest House” tuz przy czyms sluzacym za dworzec dla bardziej dalekobieznych autobusow (wlasciwy dworzec jest po drugiej stronie mostu) kosztuje 170Tk za singla gdyby ktos szukal, ale jest tez pare innych opcji do wyboru mimo, ze miasteczko niewielkie.
W Dhace zero fot, dzis odpoczynku ciag dalszy, za to odbylem maly rekonesans terenow na potrzeby innego projektu, ktory pewnie i tak nie wyjdzie. Ale to nic, bo w planach mam jeszcze wypad na jakis megafestiwal do Bara Aulii 10km stad (niewykluczone, ze taki sam na jaki przypadkiem trafilem 2 lata temu w Puthii a niedawno w Ramgati, Brahmanbarii i Mymensinghu) i wycieczke na koniec swiata ok 50km stad.
14.05
Dzis zaliczylem klasyczny scenariusz z poznanym wczoraj Shohagiem, w tym wizyte w fabryce workow na ryz (jednym z wazniejszych produktow eksportowych Bangladeszu). Nawet ciekawie to wygladalo, tylko najpierw musielismy czekac prawie godzine na pozwolenie szefostwa lokalnego i z Dhaki oraz odbebnic gadke szmatke przy filizance herbaty. Fot dalej brak bo wewnatrz nie pozwolono mi nic zrobic.
Na festwial w koncu nie pojechalismy, bo sie okazalo, ze sie skonczyl wczesniej niz Shohag myslal, projekt tez nie wypalil (ale jeszcze mam troche czasu (ale pewnie i tak nie wyjdzie)). Aparat tez sie dzisiaj nie zmeczyl.
15.05
Z 10 krow Mr Salauddin ma rocznie ponoc 10 crore Tk (400tys. PLN, cos mi sie nie chce wierzyc, ale tak powiedzial). Ponoc polskie krowy sa lepsze, daja wiecej mleka, wiec gdybym zainwestowal i wyeksportowal 10 sztuk to moglbym czesac niezla kase za nicnierobienie. Nie mowiac juz o tym, ze z taka iloscia krow o zone nietrudno. Mr. Salauddin ostro mnie namawial na wspolprace.
A sam poza krowami ma jeszcze troche ryzu i ogrod z liczi i mango, w ktorym przesiaduje na codzien jarajac gandzie ze swoimi 40-letnimi wyluzowanymi kolegami biznesmenami. W ogrodzie przesiaduje tez jego szalona rozgadana mamuska, ktora spotkalem jako pierwsza i ktora prawie sila zmusila mnie zebym przysiadl na chwile. Pana Salauddina poznalem dopiero w domu.
Pare fot z okolic Panchagarhu i okolic, w tym niektore z imprezy poweselnej Sajida Sadika z Dhaki i jego tubylczej zony. Do tej imprezy nikt go tutaj nie widzial, tylko najblizsza rodzina znala go ze zdjec (i moze z wlasciwego slubu, ktory mial miejsce 2 miesiace temu, ale nie jestem pewny), wiec kiedy przyjechal wszyscy sie na niego rzucili z pytaniami skad jest co robi itp. Dopoki nie pojawilem sie ja. A zarcia bylo od groma, przyszedl pan, nalozyl kazdemu ryzu, potem inny z wiaderka wrzucil kawalek kurczaka, potem inny z innego wiaderka jakas wolowinke, potem kolejny, kolejny, kolejny… Przez tydzien chyba tyle miecha nie jem co tu sie nazarlem.
Brak komentarzy
RSS :: TrackBack