Gadjo 3.0

Ramgati – dzien 2

28.04

Rajd riksza i motorem po wioskach, zarcie w domu Shipona, kuzyna Dulala, kolejny dzien festiwalu (odswietnie ubrane dziewki, targ, masa ludzi, dziewczeta w kolorowych strojach, 120h nonstop spiewow i muzyki i last but not least mnostwo wystrojonych lasek) etc etc.

Czasami zrobic jakas fote jest wyjatkowo trudno, tylko sie zatrzymam to zostaje otoczony przez przez gapiow zaslaniajacych mi caly widok. Ale staram sie, moze w koncu cos sie uda.

Ze zrobieniem kopii zdjec nie powinno byc problemu, na parterze hotelu chlopaczek ma studio foto i dwa w miare sensowne kompy. Niewykluczone, ze jedynym moim wydatkiem bedzie dzis tylko nocleg w hotelu.

Filed under: Uncategorized — Gadjo @ 18:48

1 komentarz

RSS :: TrackBack

Ramgati

27.04

Z Hajigonj pojechalem busem do Ramgonj. Stamtad CNG do Lakshmipur (wymawianego jako Lokhipur).

Siedze sobie wlasnie w hotelu spisujac trase a przez okno zaglada grupka ciekawskich i dyskutuja o moim przyjezdzie.

Ale jedziemy dalej – z Lokhpiuru kolejny bus, ktory myslalem, ze dowiezie mnie do Ramgati, ale zatrzymal sie w Alekzander (Alekjander?). I ostatni etap to znowu CNG do Ramgati, droga waska, kreta, dziurawa i malownicza.

Pierwszy zaproponowany mi hotel wygladal dosyc obskurnie, ale co tam, manager wydawal sie spoko, wiec wzialem pokoik za 100Tk.

Po obiadku dolaczyl do mnie Mr. Dulal. Przeszlismy sie razem do hinduistycznej swiatyni, gdzie akurat odbywal sie festiwal podobny do tego, na ktory trafilem 2 lata temu w Puthia (tej samej, w ktorej spotkalem Bangladesza z plytami Boysow i innymi polskimi hiciorami). Festiwal rozpoczal sie poprzedniego dnia, potrwa jeszcze 3 dni.

Manager hotelu okazal sie byc kuzynem Mr Dulala, wiec wszystko pod kontrola. Nawet troche kuma po angielsku, w odroznieniu od tlumu, ktory stal na hotelowym tarasie i tlumu z ulicy pietro nizej gapiacego sie na mnie.

Gdzie w miedzyczasie trafilem (z pomoca mojego przewodnika) na net, ale strasznie powolny i wiele nie zdzialalem.

Po wspomnianym miedzyczasie Dulal wstapil do urzedu (lokaliku, w ktorym poza biurkiem i paroma plastikowymi krzeslami nic nie bylo, bo reszte przestrzeni zajmowaly worki z ryzem) zeby zalatwic swiadectwa urodzenia czlonkow rodziny potrzebne do uzyskania wizy do USA. Jego brat siedzi tam od 16 lat, za pare dni wpadnie do Bangladeszu.

Gdy Mr Dulal wyskoczyl na chwile z urzedu zostawiajac mnie samego, wyszedlem na chwile na zewnatrz a po parunastu sekundach zaczeli sie zbierac dookola mnie ludzie. Stali, patrzyli sie, pytali skad jestem, czy znam bangla, co tu robie itp. Standard, choc tutaj skupiska sie tworza szybciej niz gdzie indziej.

Czasami jak sie czlowiek nie rusza to go obsiadaja muchy, a jak sie poruszy to muchy znikaja, cos podobnego jest tutaj tylko zamiast much sa ludzie.

Pan Dulal zalatwil co chcial, wrocil do biura, wrocilem i ja, a za otwartymi drzwiami stala kolejna grupka gapiow.

W koncu udalismy sie do rezydencji lokalnego politycznego lidera z partii rzadzacej, gdzie na tarasie przy swietle ksiezyca (i zarowek jesli akurat bylo troche pradu) rybacy omawiali metodyke polowu ryb. Lider ich opuscil, weszlismy do pokoju, gadka szmatka, picie, ciastka, jablka i powrot na taras w celu omowienia i rozwiazania kolejnych problemow. Pan lider jest bardzo dobrym czlowiekiem, wszystkim pomaga, a inny podobny gosc, ale z opozycji to pomaga tylko jak mu sie zaplaci lapowe. Tak ludzie mowia dookola.

Ale przede wszystkim wiocha i okolice wygladaja zachecajaco fotograficznie. Miala byc 1 noc, bedzie wiecej, inshallah.

Filed under: Uncategorized — Gadjo @ 07:52

Brak komentarzy

RSS :: TrackBack

Matoin

26.04

Lakshmipur. Oczywiscie wymawia sie inaczej niz sie pisze. Wszyscy na pytanie jak dojechac do Lakshmipuru pytaja sie czy chodzi o Laksam, podobnie brzmi wiec potwierdzam. Po pol godzinie jazdy lokalnym pociagiem zorientowalem sie, ze chyba jade nie tam gdzie trzeba, a upewnilem sie zerkajac na mape gdzie faktycznie Lakshmipur i Laksam to 2 rozne miejscowosci. Wysiadlem na jakiejs stacji (Hajigonj) zeby cofnac sie do Chanpuru i sprobowac ponownie, ale oczywiscie nic z tego nie wyszlo – wystarczya jedna propozycja zostania tu na wsi na jakis czas w domu przygodnie poznanego czlowieka.

Tutaj sponsorem i gospodarzem byl Jahirul Islam, swego czasu zjezdzil ponad 30 krajow, mial jakis zloty i diamentowy interes w Afryce, ale wykiwali go na 100.000$ a teraz siedzi w Matoin, zalozyl biblioteke, chce zalozyc darmowy szpital dla biedakow i w ogole udziela sie dla ludu. A przy okazji prowadzi pare innych malych biznesikow.

-         Naam ki? – pytam wskazujac na synka (pytam o imie jakby ktos sie nie domyslil)

-         Jihad

-         Ooo beautiful naam

Scenariusz dnia klasyczny, szwedanie sie po roznych miejscach (biurach, sklepach, restauracjach) i wieczorna posiadowa we wsi na murku.

Filed under: Uncategorized — Gadjo @ 17:20

Brak komentarzy

RSS :: TrackBack

Comilla i Chandpur

24.04

Comilla wymawia sie tu jako “kumilla”. Miasto jak miasto, ale torowisko z miliardem placzacych sie ludzi wyglada bardzo fajnie. Tylko przez oblezenie (i troche przez zbyt niskie slonce) nie zdecydowalem sie na wyciagniecie aparatu

25.04

A Chandpur jako “czatpur”. Nawet sympatyczne miasteczko, lepsze niz Comilla, chociaz chyba nic turystycznego tu nie ma. W Comilli sa jakies ruiny ale nie chcialo mi sie tam isc.

Za to jest hotel “Taj Mahal” tuz przy moscie nad rzeka. Ladny pokoj z tv i lazienka 450Tk, brzydki, smierdzacy i bez tv (ale dalej z lazienka i bonusowo byczymi karaluchami) 150Tk. Z dworca autobusowego zaplacilem 30Tk za riksze i chyba za duzo nie przeplacilem bo przejechalismy przez cale miasto pozdrawiajac przy okazji ladujaca tu helikopterem pania premier.

Hotel jest przy moscie, za ktorym jak sie pojdzie w prawo to sie dojdzie (z kilkunastosobowa obstawa przypadkowych ludzi) do jakichs rybackich osad nad rzeka Meghna. A troche blizej przy stacji kolejowej jest punkcik widokowy nad rzeczka, miejsce gdzie mozna w miare w spokoju posiedziec (nie liczac tarasu bez balustrady w hotelu). To tak jakby ktos chcial wpasc, bo w Lonely Planet o tym miescie nie pisza.

W koncu mozna sobie polazic, nikt mi nie mowi, zeby nie isc tu czy tam bo zli ludzie mieszkaja.

Sponsorem dzisiejszego dnia byl Kazi Hannan, Unilever. Wybiera sie niebawem do Wloch w ramach pracy.

Filed under: Uncategorized — Gadjo @ 07:54

Brak komentarzy

RSS :: TrackBack

Trafiony-zatopiony

W koncu jakies przyzwoite miejsce znalazlem. Ale net mam tylko grzecznosciowo na pare minut, wiec wiecej wiesci za pare dni. I nawet jest szansa na jakies zdjecie

Filed under: Uncategorized — Gadjo @ 14:21

Brak komentarzy

RSS :: TrackBack

« Newer PostsOlder Posts »